W procesie dwóch młodych mężczyzn zeznawali świadkowie, w tym najbliżsi oskarżonego Piotra B., policjanci oraz biegły od rekonstrukcji wypadków. Według prokuratury, 5 grudnia ub. roku około godz. 22.30, 22-letni Dawid M. oplem corsą potrącił w Milczy idącą poboczem 52-letnią Zofię K. a później z pasażerem, 23-letnim Piotrem B. ciężko ranną pieszą wepchnęli do betonowego przepustu. Kobieta niedługo potem zmarła.
Kolejna rozprawa odbyła się w Sądzie Okręgowym w Krośnie. Trwała ona ponad sześć godzin. W tym czasie zeznawali świadkowie i odpowiadali na pytania sądu, prokuratora, pełnomocników synów tragicznie zmarłej kobiety - adwokatów Grzegorza Szklarskiego i Bartosza Mikosa oraz obrońców oskarżonych - adwokatów Huberta Sochackiego, Katarzyny Loranc i Konrada Moskala.

Matka Piotra B. powiedziała, że syn wrócił do domu 5 grudnia nieco po godz. 22.30. Widać było po nim, iż był po kilku piwach. Kobieta miała pretensje, że wrócił tak późno, gdyż umawiali się, że powróci o 21. Rozmowa trwała około 10-15 minut i była dość ostra, dodatkowo matkę denerwował fakt, że syn cały czas pisał sms-y. W końcu Piotr B. powiedział, że zadzwoni jeszcze do koleżanki i pójdzie spać. W tym celu wyszedł do ogrodu. - Widziałam jak dzwoni, siedząc na huśtawce. Później leżąc już w łóżku słyszałam jak wchodzi do swojego pokoju. Koło północy idąc do kuchni widziałam, że paliła się lampka nocna w jego pokoju, on spał w ubraniu a obok był telefon - zeznała matka Piotra B. Dopytywana o to, w co był syn ubrany, jak leżał w łóżku, stwierdziła, że mówiąc o ubraniu miała na myśli koszulkę z krótkim rękawem.

O śmierci Zofii K. dowiedziała się od brata zmarłej, z którym razem pracuje. W sądzie zeznała, że na pogrzebie Zofii K. była z rodziną. - Przepraszałam na nim od siebie i syna przede wszystkim samą Zofię za to, co się stało. Przeprosiłam też po pogrzebie brata zmarłej Zofii i prosiłam, żeby przeprosiny przekazał też synom zmarłej i całej rodzinie. Były one od serca - mówiła w sądzie płacząc.

Na sali sądowej przeprosiła też osobiście syna Zofii K. i jego rodzinę. Matka była również obecna przy zatrzymaniu syna 6 grudnia po godz. 20. Gdy przyjechali policjanci, Piotra B. nie było w domu. - Był w tym czasie u kuzyna. Zadzwoniłam, żeby przyszedł. Dopytywaliśmy się z mężem o co chodzi, ale nam nie powiedzieli. Domyślałam się, że może chodzić o wypadek, bo go wtedy nie było w domu, że może był świadkiem i coś widział. Jak wrócił po kilkunastu minutach policjanci pytali go, co wczoraj zrobił z Dawidem M. Był zaskoczony tym pytaniem, jakby nie wiedział o co chodzi. Później został zabrany na komendę policji w Krośnie - powiedziała matka oskarżonego Piotra B.

Policjanci z Wydziału Kryminalnego KMP w Krośnie, którzy uczestniczyli w czynnościach operacyjnych mających na celu ustalenie okoliczności tragicznego wypadku, później zatrzymywali obydwu mężczyzn i rozpytywali ich po zatrzymaniu oraz brali udział w przeszukaniach stwierdzili, że kierowca, czyli Dawid M. nie utrudniał czynności, był chętny do współpracy, sporo wyjaśniał. Nieco inaczej było w przypadku Piotra B.

Dawid M. został zatrzymany w miejscu pracy na terenie gminy Miejsce Piastowe. - Od razu wiedział, o co chodzi. W trakcie rozmowy na komendzie mówił jak to się stało, przepraszał, prawie płakał. Opisał praktycznie wszystkie okoliczności związane z wypadkiem za wyjątkiem tego, w jaki sposób ciało kobiety znalazło się w betonowym przepuście. Twierdził, że on tego nie zrobił. Zresztą Piotr B. również do tego się nie przyznał - mówił jeden z policjantów.

Z kolei Piotr B. zmieniał swoje wersje, nie było łatwo z nim rozmawiać, nie był skory do współpracy. - Najpierw mówił, że nie ma nic wspólnego z wypadkiem, że nigdzie nie był, później, że był, ale nic nie robił - stwierdził inny policjant.

Dawid M. miał zjechać na pobocze, gdyż oślepiły go światła jadącego z naprzeciwka samochodu. Wtedy poczuli uderzenie z prawej strony samochodu. Zrozumieli, że wjechali w człowieka, na szybie było widać włosy. Gdy po chwili zawrócili, nie zauważyli jednak nikogo i pojechali dalej. Na żwirowni czyścili ślady krwi na masce samochodu kalesonami Piotra B. - Zapytany przez nas, co się stało później z tymi kalesonami, Piotr B. najpierw twierdził, że je wyrzucił, a potem, że miał je wrzucić do pieca i spalić - mówił policjant.

W nocy obydwaj pisali jeszcze sms-y poprzez specjalną aplikację zainstalowana przez Piotra B., która sama kasuje wiadomości. Piotr B. miał napisać Dawidowi M., że pojedzie jeszcze rowerem sprawdzić miejsce, gdzie doszło do potrącenia, czy nikt tam nie leży, jednak nie zrobił tego, bo było mu zimno.

Ponad półtorej godziny odpowiadał na pytania biegły z Krakowa, inżynier mechanik, nauczyciel akademicki ze stopniem doktora. Wydawał opinię dotyczącą stanu technicznego pojazdu jak i rekonstrukcji wypadku. Biegły był na miejscu zdarzenia, zarówno w nocy jak i w dzień, oglądał odzież kobiety, posiłkował się materiałami z akt sprawy oraz zabezpieczonymi dowodami.

Jego zdaniem, w chwili wypadku samochód jechał z prędkością 45-50 km/h a oszacował ją na podstawie uszkodzeń samochodu. Jak stwierdził, był to trudny przypadek do przeprowadzenia rekonstrukcji. Specyfika uderzenia w pieszą w tej sprawie powoduje, że nie można tutaj zastosować innej metody.

Dawid M. tłumaczył, że samochód jadący z naprzeciwka oślepił go i nie zauważył pieszej idącej prawym poboczem. - Na kilka sekund przed uderzeniem w pieszą, znajdowała się ona w miejscu oświetlonym przez lampę uliczną. Pojazd jadący z naprzeciwka znajdował się relatywnie daleko, a tym samym oskarżony prawidłowo obserwując drogę, miał możliwość dostrzeżenia kobiety na tym odcinku drogi - stwierdził biegły.

Dodał jednocześnie, że idąc nieprawidłową stroną drogi, Zofia K. nie mogła w sposób ciągły obserwować samochodu, który za chwilę miał obok niej przejechać. - Gdyby go widziała, w jaki sposób się porusza, to mogłaby zareagować przykładowo głębszym zejściem na pobocze i miałaby szanse na uniknięcie potrącenia - dodał biegły.

Stan zabrudzenia podeszwy obuwia pieszej wskazuje, że poruszała się poboczem w pobliżu krawędzi jezdni. Wtedy opel zjechał częściowo na pobocze prawym bokiem i doszło do potrącenia.

Na pytanie, czy jest możliwe, że po uderzeniu przez samochód, kobieta sama mogła wpaść do dość wąskiego przepustu, biegły odpowiedział, że przy takim potrąceniu ciało pieszego jest podrzucane, obraca się w powietrzu, ręce są odchylane od tułowia. - Finalne położenie jest dość przypadkowe z rozchylonymi kończynami górnymi. W tym przypadku kobieta niemal do pasa była w przepuście o dość małej średnicy z prawą ręką częściowo podłożoną pod ciało. Dla mnie to położenie jest wybitnie niecharakterystyczne jak na swobodny upadek do rowu - zeznał biegły z Krakowa.

Przy ciele kobiety stała równo ułożona torebka z uszami i rączkami do góry. Odpowiadając na pytanie, czy jest możliwe, że mogło tak się stać bez czyjejś ingerencji, obiegły odpowiedział używając obrazowego porównania. - Nie spotkałem się w czasie mojego opiniowania, a robię to już około 20 lat z takim przypadkiem. To tak samo, jakbyśmy rzucali monetą i czekali, aż stanie ona pionowo na krawędzi - stwierdził krótko.

Przypomnijmy. 6 grudnia ubiegłego roku, przed godz. 7 rano, mieszkaniec ul. Kolejowej w Milczy przy jednej z posesji zauważył nogi kobiety wystające z betonowej rury przepustu wodnego pod mostkiem prowadzącym do prywatnej posesji. Okazało się, że była to mieszkająca w pobliżu Zofia K. Kobieta już nie żyła. Poprzedniego dnia, przed godz. 22.30 wracając z pracy, wysiadła z busa na skrzyżowaniu i poszła w kierunku domu. Do niego jednak nie dotarła. Policjanci szybko wpadli na trop kierowcy i pasażera samochodu, którzy mogli mieć związek z tragicznym potrąceniem. Po opiniach biegłych, kierujący oplem Dawid M. i pasażer Piotr B. zostali oskarżeni o to, że działając w zamiarze ewentualnym, wspólnie i w porozumieniu pozbawili życia Zofię K. Po potrąceniu samochodem, ciężko ranną kobietę wepchnęli do betonowego przepustu, gdzie ją pozostawili. Tam doszło wykrwawienia się i zgonu 52-letniej kobiety. Swoim zachowaniem zmniejszyli jednocześnie możliwość udzielenia jej pomocy.

Dodatkowo Dawid M. oskarżony został o niezachowanie należytych środków ostrożności i spowodowanie wypadku drogowego, w którym ofiara doznała ciężkiego uszczerbku na zdrowi oraz ucieczkę z miejsca zdarzenia. Piotr B. dostał zarzut zacierania śladów z opla corsy, mogące świadczyć o udziale tego pojazdu w wypadku oraz usunięcie z telefonu wiadomości tekstowych między nim a Dawidem M. dotyczących wypadku.

Udostępnij ten artykuł znajomym: